sobota, 7 października 2017

Sobotnie muffinki

Muffinki owsiano-jabłkowe z żurawiną

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
1 i 1/2 szklanki mąki                                               1 szklanka musu jabłkowego
1 szklanka płatków owsianych                                1/2 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia                             3 łyżki jogurtu greckiego
cukier waniliowy                                                     2 jajka
szczypta soli                                                           2 łyżki miodu                                 
żurawina
                                                       

Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec wmieszać żurawinę. Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(15 sztuk) 
 

sobota, 30 września 2017

Z Archiwum "A" (9) - Tajemniczy ogród

Murowana studnia z drewnianym daszkiem, metalowe wiaderko kołyszące się na grubej linie, kępy różowo-czerwonych i fioletowych kwiatów, dorodna dynia i mnóstwo zieleni przetykanej żółtymi plamkami. Wszytko to złożone z drobnych krzyżyków. Wrześniowa Anna z 2002 roku zaprasza do tajemniczego ogrodu. 


W innym zakątku tego ogrodu jest jeszcze uroczy zielony domek, przy którym wyrósł słonecznik, mnie jednak bardziej do gustu przypadła studnia. Po raz kolejny przeliczyłam się z siłami. Wydawało mi się, że taki niewielki obrazek będzie się przyjemnie i szybko haftowało. Przyjemnie owszem, ale liczenie poszczególnych krzyżyków w podobnych kolorach zdecydowanie wydłużało czas wyszywania. Co prawda wczoraj udało mi się postawić ostatni krzyżyk, brakuje jednak konturów. Coś czuję, że przyszły rok będzie rokiem kończenia wszystkich pozaczynanych projektów.


Kolory dobierałam sama (i na tym na razie polega twórcze przetworzenie oryginału), chciałam wykorzystać posiadane zapasy muliny. Nie jestem do końca zadowolona z wyboru, ale uparłam się, żeby nic nie dokupować. Może po wykończeniu efekt będzie lepszy.



Sezon ogrodowy powoli się kończy, a ja ciągle czuję jakiś niedosyt. Ostatnia zima, a właściwie mroźna wiosna poczyniła pewne spustoszenie wśród roślin. Najbardziej brakowało mi w tym roku hortensji, które uwielbiam, a które kwitły bardzo ubogo. Mogłam tylko pomarzyć o takich okazach (zdjęcia z poprzednich lat):
 





Bardzo ubogo zakwitł też różanecznik, który w poprzednich latach tak cieszył nasze oczy:
 
 
Zastanawialiśmy się, czy to kwestia zimna, czy tego, że jego Ofiarodawca  wiosną odszedł do lepszego życia...

Na szczęście dopisały róże,


floksy w różnych odmianach,



 lawenda
 
i niezawodne rudbekie.


W donicy, w której zasiałam koperek, pojawiły się takie oto liście,...


... następnie łodyga, kwiat, a wreszcie mała kulka, która rosła, rosła, aż osiągnęła takie rozmiary:


Zupełnym przypadkiem mam własnoręcznie wyhodowaną dynię :)
To jest właśnie najpiękniejsze w ogrodnictwie - nigdy nie wiadomo do końca, jakie będą efekty naszych działań.

Ogrodowo pozdrawiam :)


środa, 27 września 2017

Owocowy transport

Zamawiający autka dla swojego przyjaciela sam obchodził niedawno urodziny. Życzenie co do prezentu było bardzo precyzyjne: "Ciociu, a czy dla mnie na urodziny mogłabyś zrobić tira?  Takiego, który dostarcza owoce. Najlepiej czerwony mercedes, z jednej strony może mieć napis Biedronka, a z drugiej Lidl i mogą tam być jakieś  jabłuszka albo wisienki." 


Klient nasz pan. Wytyczne zostały przedstawione jeszcze w lipcu, ale realizacja przesunęła się niestety na ostatnią chwilę. Nawet się zastanawiałam, czy Solenizant jeszcze pamięta o swoim zamówieniu. Pamiętał doskonale. Pierwsze pytanie, gdy odwiedził mnie tydzień przed urodzinami brzmiało: "Jak idzie "szycie" tira?". Na szczęście początek już był.

Czerwony? Proszę bardzo.


Mercedes? Z małymi perturbacjami związanymi z jakością srebrnego mazaka, ale jest. 


Napis "Biedronka" i wisienki? Czemu nie.


Napis "Lidl" i jabłuszka z drugiej strony? Jak najbardziej.


Przeraziła mnie trochę ilość kół w tirze, aż dziesięć! I czym je usztywnić, żeby się nie wyginały? Koła samochodzików osobowych miały usztywnienie z przezroczystego plastiku. Namęczyłam się wtedy wycinając okrągłe kształty dziurkaczem ozdobnym. Okazało się, że zupełnie go stępiłam i nie nadawał się już do użytku. Na szczęście z pomocą pospieszył Dziadek Solenizanta i pociął ... stary styl od miotły na plasterki grubości około 2 mm. Mnie pozostało je obszydełkować i przyszyć do podwozia.


Uff... zdążyłam! Jeszcze tylko muffinki (dla Solenizanta bez orzeszków, za to z literkami) i można ruszać na imprezę. Wszystkiego najlepszego Kochany Jacku!


Zostało już złożone kolejne zamówienie. Moja Bratanica obchodzi urodziny w grudniu. Do tego czasu mam zrobić ... zielonego węża boa.

Jesiennie pozdrawiam :)

PS Ostatnio, mimo, że robiłam prezenty, zapominałam je zgłosić do zabawy u Reni. Tym razem mi się  przypomniało na czas, a więc proszę.

https://reanja1.blogspot.com/2017/09/hand-made-swietuje-wrzesien.html

niedziela, 24 września 2017

Czytelnicze drobiazgi

 I wcale nie chodzi tu o nowele, opowiadania czy wiersze. To drobiazgi, które mają umilać Czytelnikowi lekturę.


Ten motyw  z  kartek z podróży, do którego nie byłam początkowo przekonana, tak mi się spodobał, że wykorzystałam go ponownie, ozdabiając notes i tworząc zakładkę. 


Zakładka nie tylko umila lekturę, wręcz ją umożliwia, gdyż ma z tyłu praktyczną kieszonkę na kartę prezentową, którą można zrealizować w pewnej sieci księgarni. 


Zestaw ten stał się upominkiem urodzinowym dla mojej Bratowej. Świętuje ona tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, tak więc jej dzieci, moja Bratanica i mój Bratanek zwykle dostają jakiś drobiazg od cioci na nowy rok szkolny. Tym razem mogli sobie wybrać prezenty sami w wyżej wspomnianej księgarni.
Ich karty zostały wsunięte za balonik ...


... i za latawiec.


A żeby zakupy były prawdziwie rodzinne mój Brat dostał piórko z kieszonką. 

Dopiero na zdjęciu zauważyłam pewne niedoróbki. Było za późno, żeby je naprawić ;)

Zakupy się odbyły, lektury są w trakcie czytania, a ja mam miłe poczucie, że dołożyłam małą cegiełkę do dzieła krzewienia czytelnictwa.


Czytelnicze pozdrowienia :)

PS Ten wpis jest mocno spóźniony, miał się ukazać na początku miesiąca. Wrzesień był pracowity nie tylko pod względem zawodowym, ale również towarzyskim, kulinarnym i robótkowym, choć na blogu tego nie widać. W soboty pojawiały się muffinki zjadane przez kolejnych gości, projekt archiwalny, znowu dość czasochłonny, posuwa się naprzód, oprócz tego zostało zrealizowane specjalne zamówienie urodzinowe, o czym wkrótce.

sobota, 23 września 2017

Sobotnie muffinki


Muffinki jabłkowe z orzechami

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
2 szklanki mąki                                                          1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki cukru trzcinowego                                1/2 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia                               3 łyżki jogurtu greckiego
1 łyżeczka cynamonu                                                2 jajka
szczypta soli                                                                      
cukier waniliowy                                                               

2 jabłka
garść posiekanych orzechów włoskich
                                                         
Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec wmieszać pokrojone drobno jabłka i posiekane orzechy lub w przypadku, gdy ktoś nie lubi orzechów część babaeczek posypać orzechami po wierzchu ;). Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(17 sztuk)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Z Archiwum "A" (8) - Godzina błękitnej róży

Hardanger i krzyżyki. Delikatna ażurowa kratka urozmaicona malusieńkimi figlaskami,  gwiazda z błękitnym środkiem i róże w niezwykłych barwach. Redaktorzy sierpniowej Anny z 2004 roku umieścili te motywy na niewielkiej serwetce, ozdobnej taśmie i obrusiku.


Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, dech mi zaparło z zachwytu. Wiedziałam, że prędzej czy później taki zrobię. Jest raczej później niż prędzej, obrusik jest mniejszy niż w oryginale i jest go dopiero połowa.


Sierpniowy projekt zaczęłam od serwetki. Chciałam wypróbować kolorystykę dobranej samodzielnie muliny, a także poćwiczyć hardangerowe pikotki. 

 
Naiwnie myślałam, że najpierw szybciutko wyhaftuję serwetkę, a potem spokojnie zajmę się obrusikiem. Są przecież wakacje, czasu mam sporo, dam radę. Szybko okazało się, że wzór jest bardzo czasochłonny i potrzeba sporo godzin, by błękitne róże zyskały właściwą oprawę. Serwetkę udało mi się skończyć, natomiast nad obrusikiem muszę spędzić jeszcze niejedną godzinę. Brakuje jednego różanego motywu,...


... dwóch gwiazd...


... i ażurowych wzorów wzdłuż dwóch boków.


Na razie, do zdjęcia,  niewykończoną część ukryłam sprytnie za szafką i na pierwszy rzut oka wszystko nieźle się prezentuje.


Ostatecznie zdecydowałam się na oryginalne kolory muliny Anchor, ale nie wiem, czy wyszło to obrusikowi na dobre, czy nie.


Tym razem literackie reminiscencje, które pojawiają się w tytułach i w tle archiwalnych projektów skłoniły mnie do sięgnięcia po uwielbianą w dzieciństwie "Godzinę pąsowej róży". Nie zliczę, ile razy ją czytałam, zawsze z dużą przyjemnością. Niestety tym razem okazało się, że książka nie wytrzymała próby czasu. Główna bohaterka mnie irytowała, niektóre sytuacje wydawały mi się naciągane, zagubił się gdzieś urok i czar XIX w. Szkoda...
Na pocieszenie  w ogrodzie kwitną pąsowe róże i jedna, w pełni rozkwitu, wzięła udział w sesji fotograficznej.



Z lekka nostalgiczne pozdrowienia u kresu lata :)

sobota, 26 sierpnia 2017

Sobotnie muffinki


Muffinki marchewkowe z żurawiną

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
ok. 1 i 1/2 szklanki mąki                                           1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki cukru trzcinowego                                1/2 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia                               3 łyżki jogurtu greckiego
1 łyżeczka cynamonu                                                2 jajka
szczypta soli                                                                      
cukier waniliowy                                                               
2 łyżeczki suszonej skórki pomarańczowej
2 spore marchewki                                                   
żurawina
                                                         
Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec wmieszać żurawinę. Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(18 sztuk)

czwartek, 24 sierpnia 2017

Zmagania z lamówkami


Tematem kolejnej lekcji szycia u Reni było co prawda pikowanie, ale to poszło w miarę bezboleśnie (choć bez wpadek się nie obyło). Wyzwaniem okazały się lamówki.


Z propozycji, które pokazała Renia najbardziej urzekły mnie patchworkowe łapki do garnków. Krótki przegląd zasobów materiałowych (konsekwentnie nic nie dokupuję, choć tym razem byłam bliska) i powstał taki zestaw kolorystyczny:


Ta złamana biel, to resztki dżinsowych nogawek, zostało nawet stebnowanie :)
Zanim przeszłam do pikowania, trzeba było stworzyć patchworkowe elementy. I tu się okazało, że przecięłam trójkolorowe kwadraty, nie po tej przekątnej, co trzeba. Zamiast oryginalnego wzoru powstał taki:


Za drugim razem przekątne się zgadzały, ale tym razem zamieniłam miejscami dwa trójkąty i efekt był następujący (też ciekawy, ale nie o to chodziło).


Przy kolejnych kwadratach bardzo się już pilnowałam, ale tu mi się trochę przesunął środek (nieprecyzyjnie zszyte trójkąty).



No i wreszcie oryginalny wzór razy dwa.

 


Już widzicie, że wykończenie lamówką wygląda różnie. Starałam się postępować dokładnie według kursiku, który poleciła Renia, ale szło jak po grudzie. Nici się rwały, te spodnie kończyły w najmniej odpowiednich momentach (wreszcie skończyły się definitywnie), lamówki wydawały się za wąskie, nie chciały się układać na rogach, zapominałam o wszywaniu uszek. W desperacji postanowiłam jedną z łapek wykończyć  inaczej. Przecięłam lamówkę na cztery części, przyszyłam do każdego boku z osobna i w sposób absolutnie niefachowy połączyłam na rogach. O uszku przypomniałam sobie, gdy już wszystko było prawie gotowe, tak więc wszyłam je od przodu na rogu.


Wróciłam do pierwszej metody, ale tym razem trochę zmieniłam sposób działania. Po pierwsze przed lamówkowaniem przeszyłam brzegi w odległości 1 milimetra (wypełnienie przestało wychodzić i łatwiej było przypiąć lamówkę). Po drugie nie szyłam po złożeniu lamówki , ale bliżej brzegu (w kursiku były dwie możliwości, jak się okazało wybrałam tę niewłaściwą). I wreszcie po trzecie, najważniejsze, przed przyszyciem lamówki po prawej stronie wszystko sfastrygowałam. Ile razy próbuję pominąć ten krok, źle się to kończy. Chapeau bas przed wszystkimi, którzy potrafią szyć bez fastrygowania.


Teraz efekt był w miarę zadowalający. Jeszcze ze cztery łapki i byłabym mistrzynią;) Jak na razie jednak znudził mi się ten wzór. Może jeszcze do niego kiedyś wrócę.

Jeśli chodzi o pikowanie, robiłam to po szwach i okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Gdzieniegdzie na prawej stronie widać krzywizny, lewa w tym przypadku wypada lepiej.


To tyle moich zmagań. Mam nadzieję, że na zaliczenie wystarczy.

https://reanja1.blogspot.com/2017/08/szyje-sobie-lekcja-4.html

Lamówkowe pozdrowienia :)