niedziela, 10 grudnia 2017

Świąteczna poczta

Druga niedziela Adwentu to dobry moment, żeby pomyśleć o kartkach świątecznych. Półprodukty były gotowe już dawno, kartoniki i drobne ozdoby dobrałam w ciągu tygodnia, a wczoraj z wielką przyjemnością wszystko przycięłam, poskładałam i skleiłam. 


Jak zwykle króluje prostota, ośmielam się rzec szlachetna, a jako że Boże Narodzenie musi mieć swój blask, wszystko odrobinę się błyszczy. Ta odrobina znowu utrudniła fotografowanie. Cóż, musicie mi wybaczyć. 


 

I jeszcze trochę zbliżeń. Naprawdę trudno było mi coś wybrać. 








 Z adwentowymi pozdrowieniami :)

sobota, 2 grudnia 2017

Sobotnie muffinki, wąż boa i Adwent

Ostatnia przedadwentowa sobota. Jak myślicie, czym się zajmowałam? 
Myłam okna i wieszałam świeżo uprane firanki? Nie! 
Wymiatałam kurz i pajęczyny z trudno dostępnych kątów i zakamarków? Również nie! 
A może szorowałam kafelki w łazience, porządkowałam kuchenne szafki lub sprzątałam spiżarkę? Nie, nie, po trzykroć nie!
Co prawda mam w sobie gen, który domaga się, by wszystko to było zrobione przed Świętami (i może nawet część z tych czynności zostanie wykonana), jednak od jakiegoś czasu coraz bardziej udaje mi się go przytłumić.


W przedadwentową sobotę upiekłam oczywiście muffinki. Tym razem piernikowe z orzechami, ale przepisu na razie nie zamieszczam, gdyż degustacja nastąpi dopiero jutro (wolę sprawdzić, co wyszło, zanim puszczę przepis w świat :) Muffinki dzisiaj w wydaniu urodzinowym  i to nie na byle jakie urodziny, bo okrągłe dziesiąte.


Jak może pamiętacie, Jubilatka, moja Bratanica zapragnęła dostać zielonego węża boa. Już byłam na dobrej drodze do tego, by zrobić prezent z wyprzedzeniem, jednak koniec końców finiszowałam dopiero dzisiaj wieczorem. 


Wąż nie jest imponująco długi ani gruby, ale mam nadzieję, że spełni oczekiwania. 



Znalazł sobie wygodne mieszkanko w niewielkim koszyku i wygląda chyba dość sympatycznie. 


 
Kolejne moje zajęcia były już bezpośrednio związane z zaczynającym się jutro okresem. Kolorystykę tegorocznego wieńca adwentowego narzucił dostępny asortyment świec. Wyszło bardzo klasycznie, trochę po amerykańsku, ale nawet mi się podoba. 


Drugi wieniec jest przeznaczony do szkoły. Na otwieranych serduszkach (trzeba je będzie wyciąć - świetne ćwiczenie ręki) Dzieciaki napiszą swoje postanowienia adwentowe, następnie zszyjemy je zszywaczem, by nikt nie zaglądał do środka i przypniemy szpilkami do wieńca.


Do szkoły pojedzie też kalendarz adwentowy, działający na trochę innej zasadzie niż te tradycyjne. Nie ma tu żadnych prezentów ani zadań. Na razie jest tylko napis i jeden aniołek trzymający zapaloną świecę. 



Codziennie będą do niego dołączały kolejne aniołki za świeczkami zrobione przez Dzieciaki. 


Codziennie też będziemy czytać jakąś świąteczną historię z książki "Opowieści Różowego Aniołka". 


Wszystkie świece utworzą tuż przed Świętami ogromną gwiazdę zwiastującą Narodziny. Jeżeli będą zainteresowani, to pokażę jej zdjęcie.

I właśnie na takich ciekawych i miłych zajęciach (no nie tylko, było jeszcze kilka rzeczy, które nie były już tak interesujące, a niestety musiały być zrobione) upłynęła mi ta sobota.
Życzę Wszystkim dobrego, owocnego czasu Radosnego Oczekiwania. 
Adwentowo pozdrawiam :)

czwartek, 30 listopada 2017

Z archiwum "A" (11) - Archanioł Boży Gabriel

Wytworna biel z delikatnymi refleksami złota. Prostota formy i wyrafinowanie szczegółów. Serwety, obrusy, bieżniki z motywami gwiazd wyhaftowane techniką hardanger wprowadzały czytelników listopadowego numeru "Anny", z 2002 roku w adwentowy nastrój.


W tle, na ścianie skromny anioł. 


Tym razem nie porywałam się z motyką na słońce  i postanowiłam ograniczyć się do tej niewielkiej pracy. Wykorzystałam resztki materiału i nici z projektu sierpniowego Z haftowaniem spokojnie zdążyłam, tylko sesję zdjęciową odłożyłam, jak zwykle, na ostatnią chwilę i jak zwykle nie została do końca dopracowana. 


Tym razem maszyna, na której sesję zaaranżowałam została przykryta obrusikiem, który uszyłam/wyszydełkowałam jeszcze na studiach na stolik w wynajętym mieszkaniu, na którym to stoliku stała choinka. Pochodzi z czasu, gdy zaczęłam kupować "Annę", tak więc po wielu latach wyciągnęłam go z szuflady i okazało się, że kolorystycznie dopasował się do koncepcji zdjęcia. Z sentymentem patrzę na bawełnianą beżową koroneczkę :) 


"Pastorałka"  Leona Schillera to jedno z milszych moich wspomnień z dzieciństwa związanych z Bożym Narodzeniem. Duża czarna płyta gramofonowa z jej nagraniem była wielokrotnie odtwarzana w okresie świątecznym. Melodie ludowe opracowane przez Jana Maklakiewicza umiałam na pamięć i często nuciłam, potrafiłam też cytować całe fragmenty tekstu. Wraz z odejściem adapterów do lamusa skończyło się bożonarodzeniowe słuchanie "Pastorałki".  


Parę lat temu pod choinką znalazłam reprint książkowego wydania  z 1931 roku. Dowiedziałam się wtedy trochę o historii powstania tego utworu.
 
"Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Krakowie, jest koniec XIX w. Mały Leon Schiller, późniejszy reżyser i krytyk teatralny, autor scenariuszy teatralnych i radiowych, pieśniarz i kompozytor uczestniczy w różnych przedstawieniach „żywego teatru”: procesje z Lajkonikiem, wesela chłopskie, cwałujące z Bronowic do kościoła Mariackiego , wianki i odpusty, a przede wszystkim kolorowe szopki krakowskie na Rynku i chodzący po domach kolędnicy z Gwiazdą i Turoniem. Wydarzenia te musiały utkwić mu głęboko w głowie, skoro kilkanaście lat później powstał pomysł stworzenia „Pastorałki” – "misterium ludowego o Bożem Narodzeniu", mającego rozpocząć łańcuch widowisk obrzędowych, w skład których miały wchodzić misteria pasyjne, i wielkanocne, obrzędy czterech pór roku, wesele wiejskie oraz tzw. „tańce śmierci”.
Ostateczny kształt utwór zyskał w 1922 roku, kiedy to 24 grudnia, po wieczerzy wigilijnej zespołu Teatru Reduta, odbyła się próba generalna - właściwie premiera – nazwana później jednym z najpiękniejszych wydarzeń w dziejach polskiego teatru. Za pianinem zasiadł sam Schiller, a na widowni zaproszeni zaprzyjaźnieni widzowie. Grano ją potem parokrotnie w styczniu i lutym, a wiadomość o oryginalnym przedstawieniu prędko rozeszła się po mieście. W roku następnym spektakle odbywały się już codziennie. W 1931 roku Pastorałka ukazała się drukiem nakładem Instytutu Teatrów Ludowych i od tej pory można powiedzieć, że trafiła pod strzechy. Grano ją na deskach największych teatrów w Warszawie, Krakowie czy Lwowie, ale również w małych miasteczkach i wioskach. W czasie wojny trafiła do obozów jenieckich, do ośrodka organizacji armii generała Andersa, gdzie zostaje odtworzona z pamięci przez uczniów i współpracowników Schillera w trzaskającym mrozi.
Po wojnie odbyło się ponad 70 premier tego przedstawienia, w całej Polsce, a także radiu i telewizji. Ostatnia premiera miała miejsce w Teatrze TV parę lat temu."

Powyższy tekst powstał w 2013 roku, kiedy to nasz chór wraz zespołem młodzieżowym z parafii przygotował przedstawienie jasełkowe oparte na tekstach i muzyce Schillera i Maklakiewicza. Nie pomnę już na podstawie czego go pisałam, zapewne sięgnęłam w otchłanie internetu. Znalazłam w nich również cudowne nagranie znane mi doskonale z dzieciństwa. Niestety okazuje się, że link umieszczony w zakładkach przestał działać, nie mogę więc zachęcić was do słuchania. Chciałam też wkleić prezentację, która stanowiła scenografię naszego przedstawienia. Były w niej rysunki moich uczniów i zdjęcia szopek nadesłane na ogłoszony w parafii konkurs. Blogger nie przewiduje jednak takiej możliwości (ja przynajmniej nie mogę jej znaleźć). Tak więc tylko mała próbka dziecięcej twórczości.
 


 
 
 

Nostalgicznie mi się zrobiło na duszy, tak więc kończę i pozdrawiam u progu Adwentu :)