czwartek, 31 sierpnia 2017

Z Archiwum "A" (8) - Godzina błękitnej róży

Hardanger i krzyżyki. Delikatna ażurowa kratka urozmaicona malusieńkimi figlaskami,  gwiazda z błękitnym środkiem i róże w niezwykłych barwach. Redaktorzy sierpniowej Anny z 2004 roku umieścili te motywy na niewielkiej serwetce, ozdobnej taśmie i obrusiku.


Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, dech mi zaparło z zachwytu. Wiedziałam, że prędzej czy później taki zrobię. Jest raczej później niż prędzej, obrusik jest mniejszy niż w oryginale i jest go dopiero połowa.


Sierpniowy projekt zaczęłam od serwetki. Chciałam wypróbować kolorystykę dobranej samodzielnie muliny, a także poćwiczyć hardangerowe pikotki. 

 
Naiwnie myślałam, że najpierw szybciutko wyhaftuję serwetkę, a potem spokojnie zajmę się obrusikiem. Są przecież wakacje, czasu mam sporo, dam radę. Szybko okazało się, że wzór jest bardzo czasochłonny i potrzeba sporo godzin, by błękitne róże zyskały właściwą oprawę. Serwetkę udało mi się skończyć, natomiast nad obrusikiem muszę spędzić jeszcze niejedną godzinę. Brakuje jednego różanego motywu,...


... dwóch gwiazd...


... i ażurowych wzorów wzdłuż dwóch boków.


Na razie, do zdjęcia,  niewykończoną część ukryłam sprytnie za szafką i na pierwszy rzut oka wszystko nieźle się prezentuje.


Ostatecznie zdecydowałam się na oryginalne kolory muliny Anchor, ale nie wiem, czy wyszło to obrusikowi na dobre, czy nie.


Tym razem literackie reminiscencje, które pojawiają się w tytułach i w tle archiwalnych projektów skłoniły mnie do sięgnięcia po uwielbianą w dzieciństwie "Godzinę pąsowej róży". Nie zliczę, ile razy ją czytałam, zawsze z dużą przyjemnością. Niestety tym razem okazało się, że książka nie wytrzymała próby czasu. Główna bohaterka mnie irytowała, niektóre sytuacje wydawały mi się naciągane, zagubił się gdzieś urok i czar XIX w. Szkoda...
Na pocieszenie  w ogrodzie kwitną pąsowe róże i jedna, w pełni rozkwitu, wzięła udział w sesji fotograficznej.



Z lekka nostalgiczne pozdrowienia u kresu lata :)

sobota, 26 sierpnia 2017

Sobotnie muffinki


Muffinki marchewkowe z żurawiną

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
ok. 1 i 1/2 szklanki mąki                                           1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki cukru trzcinowego                                1/2 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia                               3 łyżki jogurtu greckiego
1 łyżeczka cynamonu                                                2 jajka
szczypta soli                                                                      
cukier waniliowy                                                               
2 łyżeczki suszonej skórki pomarańczowej
2 spore marchewki                                                   
żurawina
                                                         
Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec wmieszać żurawinę. Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(18 sztuk)

czwartek, 24 sierpnia 2017

Zmagania z lamówkami


Tematem kolejnej lekcji szycia u Reni było co prawda pikowanie, ale to poszło w miarę bezboleśnie (choć bez wpadek się nie obyło). Wyzwaniem okazały się lamówki.


Z propozycji, które pokazała Renia najbardziej urzekły mnie patchworkowe łapki do garnków. Krótki przegląd zasobów materiałowych (konsekwentnie nic nie dokupuję, choć tym razem byłam bliska) i powstał taki zestaw kolorystyczny:


Ta złamana biel, to resztki dżinsowych nogawek, zostało nawet stebnowanie :)
Zanim przeszłam do pikowania, trzeba było stworzyć patchworkowe elementy. I tu się okazało, że przecięłam trójkolorowe kwadraty, nie po tej przekątnej, co trzeba. Zamiast oryginalnego wzoru powstał taki:


Za drugim razem przekątne się zgadzały, ale tym razem zamieniłam miejscami dwa trójkąty i efekt był następujący (też ciekawy, ale nie o to chodziło).


Przy kolejnych kwadratach bardzo się już pilnowałam, ale tu mi się trochę przesunął środek (nieprecyzyjnie zszyte trójkąty).



No i wreszcie oryginalny wzór razy dwa.

 


Już widzicie, że wykończenie lamówką wygląda różnie. Starałam się postępować dokładnie według kursiku, który poleciła Renia, ale szło jak po grudzie. Nici się rwały, te spodnie kończyły w najmniej odpowiednich momentach (wreszcie skończyły się definitywnie), lamówki wydawały się za wąskie, nie chciały się układać na rogach, zapominałam o wszywaniu uszek. W desperacji postanowiłam jedną z łapek wykończyć  inaczej. Przecięłam lamówkę na cztery części, przyszyłam do każdego boku z osobna i w sposób absolutnie niefachowy połączyłam na rogach. O uszku przypomniałam sobie, gdy już wszystko było prawie gotowe, tak więc wszyłam je od przodu na rogu.


Wróciłam do pierwszej metody, ale tym razem trochę zmieniłam sposób działania. Po pierwsze przed lamówkowaniem przeszyłam brzegi w odległości 1 milimetra (wypełnienie przestało wychodzić i łatwiej było przypiąć lamówkę). Po drugie nie szyłam po złożeniu lamówki , ale bliżej brzegu (w kursiku były dwie możliwości, jak się okazało wybrałam tę niewłaściwą). I wreszcie po trzecie, najważniejsze, przed przyszyciem lamówki po prawej stronie wszystko sfastrygowałam. Ile razy próbuję pominąć ten krok, źle się to kończy. Chapeau bas przed wszystkimi, którzy potrafią szyć bez fastrygowania.


Teraz efekt był w miarę zadowalający. Jeszcze ze cztery łapki i byłabym mistrzynią;) Jak na razie jednak znudził mi się ten wzór. Może jeszcze do niego kiedyś wrócę.

Jeśli chodzi o pikowanie, robiłam to po szwach i okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Gdzieniegdzie na prawej stronie widać krzywizny, lewa w tym przypadku wypada lepiej.


To tyle moich zmagań. Mam nadzieję, że na zaliczenie wystarczy.

https://reanja1.blogspot.com/2017/08/szyje-sobie-lekcja-4.html

Lamówkowe pozdrowienia :)

sobota, 19 sierpnia 2017

Sobotnie muffinki


Muffinki owsiano-gryczane z borówkami

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
1 i 1/2 szklanki płatków owsianych                                  1/2 szklanki oleju
1 szklanka mąki gryczanej                                                1/2 szklanki mleka
3-4 łyżki mąki pełnoziarnistej                                           2 łyżki śmietany
2 łyżeczki proszku do pieczenia                                        2 jajka
szczypta soli                                                                      5 łyżek miodu
cukier waniliowy                                                               
 
borówki amerykańskie                                                   
cukier trzcinowy
                                                         
Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec delikatnie wmieszać owoce. Każdą babeczkę posypać łyżeczką cukru trzcinowego. Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(15 sztuk)

środa, 16 sierpnia 2017

Raz jeszcze na Zielonym Wzgórzu

Zgodnie z zapowiedzią pokazuję, jak prezentuje się robótka podróżna/projekt czerwcowy z Archiwmu "A" w miejscu docelowym. 


Motywy ozdobne biegną teraz wzdłuż obu dłuższych boków bieżnika leżącego na toaletce.

Tak było pod koniec czerwca...
... a tak jest obecnie
 
To, co w czerwcu było bliżej nieokreślonym czymś, wyewoluowało w pojemnik na chusteczki. Trochę było zachodu z jego uszyciem, ale ostatecznie prezentuje się następująco:

Z pewnej odległości
W zbliżeniu
I w trochę innym oświetleniu (tu chyba kolory są najbliższe prawdzie)

Są jeszcze dwie serwetki na stoliki nocne:


Tu jedna z nich w miejscu przeznaczenia, drugi stolik stoi w ciemnym kącie, więc nie dostąpił zaszczytu sfotografowania.
 

Na okrągłym stoliku w dalszym ciągu prototyp haftu, ten z dwoma odcieniami zieleni.


Nie jestem do końca przekonana do tego modelu, tak więc najprawdopodobniej wkrótce zostanie zastąpiony czymś innym. To coś się haftuje, ale jest dość czasochłonne, więc nie wiem, czy uda się skończyć do końca wakacji, choć takie były ambitne plany.

Wciąż wakacyjnie pozdrawiam :)

sobota, 12 sierpnia 2017

Sobotnie muffinki


Muffinki-pieguski limonkowe z owocami

Składniki suche                                                                 Składniki mokre 
1 i 1/2 szklanki mąki                                                        1/2 szklanki jogurtu naturalnego
1/2 szklanki maku                                                            1/3 szklanki oleju
1/2 szklanki cukru                                                            1/3 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia                                         2 jajka
1 łyżeczka skórki cytrynowej                                             sok z połowy limonki
szczypta soli    
                                                                
maliny i borówki amerykańskie                                                   
cukier trzcinowy
                                                         
Składniki mokre wymieszać ze składnikami suchymi, na koniec delikatnie wmieszać owoce. Każdą babeczkę posypać łyżeczką cukru trzcinowego. Piec w temperaturze 190 stopni C około 30-40 min.
(13 sztuk)

środa, 9 sierpnia 2017

Altankowe klimaty

Cały rok czekam na ten czas, gdy można jeść posiłki w ogrodzie. Śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja - wszystko na świeżym powietrzu. Do niedawna stół stał bądź na małym podwóreczku pod oknami kuchni, bądź na tarasiku przed kuchennymi drzwiami. Trzeba go było przestawiać w zależności od pory dnia i nasłonecznienia obydwu miejsc. Od dwóch lat mamy w ogrodzie altankę i to w niej biesiadujemy. 


Altanka przewijała się już na różnych zdjęciach, ale ponieważ jeszcze nie trafiłam na idealne do niej meble ogrodowe, więc nie sfotografowałam jej w całej krasie.
Na razie powstają drobne elementy altankowego wystroju. A to podkładki pod donice lub dzbanki, a to poduszki, które czekają, aby przyozdobić ławeczkę, jeśli się takowa pojawi, a to lampionik (widać go w tle ostatnich muffinek).
Tematem trzeciej lekcji szycia u Reni były kilkuwarstwowe kąty proste, a uszyć należało podkładki pod talerze, koszyk na pieczywo lub etui na sztućce. 

https://reanja1.blogspot.com/2017/07/szyje-sobie-lekcja-3.html

Ta ostatnia propozycja szczególnie mnie zainteresowała, bo niektórzy domownicy, nie lubią, by sztućce leżały bezpośrednio na stole, który stojąc na dworze nie jest nieskazitelnie czysty ;) Z wielkim entuzjazmem więc zabrałam się za tworzenie etui. 


Postępowałam nie do końca według wskazówek, bo tylko na jedną część naprasowałam flizelinę (ze starych zapasów), która okazała się tak gruba i sztywna, że był problem, żeby przewrócić gotowy wyrób na prawą stronę (zostały brzydkie zagniecenia). Stebnowania nie są do końca równe, szczególnie w miejscach, gdzie trzeba się było przebić przez kilka warstw tkaniny.



Po uszyciu etui stwierdziłam, że dorobię jeszcze podkładki, kwadratowe, takie pod sam talerz. 


Teraz trzymałam się już dokładnie instrukcji i zgodnie z nią w pasmanterii poprosiłam o najgrubszą flizelinę, która... znowu okazała się bardzo sztywna. Eksperymentowałam również z cieńszą,  ale i tak kąty nie wyszły mi do końca proste (podziwiam te Renine, są idealne!). Odpuściłam też jedno stebnowanie. 



Efekty są jakie są, z daleka zadowalające. Mam więc nadzieję na kolejne zaliczenie.


Pozdrawiam z altanki :)